jedzenie na dominikanie
Udostępnij:

Ryż, fasola, plantany, kurczak i… banan, który wcale nie jest bananem. Kuchnia Dominikany jest prosta, sycąca i mocno karaibska, ale prawdziwy jej smak zaczyna się dopiero wtedy, gdy wyjdziemy poza hotelowy bufet. Co jedzą Dominikańczycy na co dzień, dlaczego nie warto ufać wyglądowi owoców i czym właściwie różni się mangú od tostones?

Dominikana jest jednym z tych miejsc, w których turysta może spędzić dwa tygodnie, ani razu nie opuszczając hotelu, i wrócić do domu z przekonaniem, że doskonale znamy lokalną kuchnię.

W końcu jedliśmy ryby, owoce morza, mango. Tylko że…to niekoniecznie to, co jedzą Dominikańczycy.

Prawdziwa kuchnia zaczyna się w małym comedorze, przy budce z jedzeniem, na targu albo przy grillu ustawionym gdzieś przy plaży.

Ryż. Fasola. Mięso. I tak, to naprawdę może być cały obiad

Jeśli istnieje coś w rodzaju kulinarnego DNA Dominikany, jest nim ryż z fasolą. Brzmi mało ekscytująco? Jednym z najbardziej charakterystycznych dań jest La Bandera Dominicana, czyli „dominikańska flaga”. Na talerzu pojawia się biały ryż, fasola i mięso – najczęściej kurczak lub wołowina. Do tego może dojść sałatka, awokado, plantany czy inne dodatki. To nie jest danie przygotowywane wyłącznie na specjalne okazje.To codzienny dominikański obiad. Nazwa jest oczywiście symboliczna. Talerz ma reprezentować kraj, a nie wygrać konkurs na najbardziej kreatywne danie świata. Co ciekawe, jeśli spojrzymy na dominikańską flagę, szybko zauważymy pewien problem. Na talerzu mamy biały i czerwony. A gdzie jest niebieski? Nie wiadomo. Widocznie kuchnia narodowa nie musi być aż tak dokładna w kwestii heraldyki.

Comedor – tutaj zaczyna się prawdziwa kuchnia Dominikany

Jeśli podczas podróży zobaczysz mały lokal z napisem comedor, nie przechodź obok tylko dlatego, że nie wygląda jak restauracja z Instagrama. Właśnie tam może czekać jeden z najlepszych posiłków całego wyjazdu. Comedor to lokalna jadłodajnia. Czasem niewielka, czasem wręcz mikroskopijna. Często bez rozbudowanego menu i bez kelnera, który przez dziesięć minut opowiada o „teksturze emulsji”. Tu wszystko jest prostsze. Przychodzisz, pytasz, co jest i dostajesz obiad. W wielu takich miejscach nie ma sensu szukać dwudziestu dań. A porcje? Powiedzmy, że Dominikańczycy nie mają szczególnego problemu z rozmiarem obiadu. Plato del día, czyli danie dnia, potrafi być tak duże, że człowiek zaczyna podejrzewać, że restauracja pomyliła jedną osobę z całą rodziną.

Największa pułapka? Myślisz, że znasz banana

Na Dominikanie szybko można odkryć, że banan nie jest po prostu bananem. Są plantany, banany słodkie, odmiany zielone, dojrzałe, mniejsze, większe… I co najważniejsze: nie wszystkie jada się na surowo.

Tostones – dominikańskie „frytki”, które biją ziemniaki na głowę

Zielony plantan kroi się na kawałki, smaży, rozgniata i… smaży ponownie. Tak powstają tostones. Są chrupiące, lekko słone i idealne jako dodatek do mięsa, ryby albo po prostu jako przekąska. To jeden z tych produktów, które najlepiej opisuje zdanie: „Nie wygląda imponująco, ale poczekaj, aż spróbujesz.”

Maduros – ten sam plantan, zupełnie inna bajka

Dojrzały plantan jest słodszy i miększy. Po usmażeniu robi się złocisty, lekko karmelizowany i świetnie pasuje do słonych dań. I nagle okazuje się, że z jednego rodzaju owocu można zrobić dwie rzeczy, które smakują kompletnie inaczej.

Mangú – śniadanie, które nie pyta, czy masz dziś dużo do zrobienia

Mangú to puree z ugotowanych zielonych plantanów. Najczęściej pojawia się na śniadanie, w towarzystwie jajek, sera, mięsa czy cebuli. To jeden z tych posiłków, które wyglądają skromnie, ale są wyjątkowo sycące. I mają jeszcze jedną zaletę. Po takim śniadaniu człowiek raczej nie zastanawia się o 10:30, gdzie jest najbliższy bar z przekąskami.

Maniok, czyli kolejny bohater, którego Europejczyk zwykle nie docenia

Kolejnym podstawowym składnikiem jest yuca, czyli maniok. Można ją gotować, smażyć, dodawać do różnych potraw, a nawet robić z niej kulki nadziewane serem. Yuca frita to po prostu smażony maniok – coś w rodzaju alternatywy dla frytek. Z kolei bollitos de yuca to małe kulki z maniokowego puree, często z nadzieniem. I tutaj znów działa zasada dominikańskiej kuchni: nie trzeba wymyślać kulinarnej rakiety kosmicznej. Wystarczy dobry produkt.

Mofongo: albo pokochasz, albo zaczniesz szukać sosu

Jeżeli masz zrobić listę najbardziej charakterystycznych dań Dominikany, mofongo będzie wysoko. Podstawą są rozgniecione smażone plantany, często połączone z czosnkiem i innymi dodatkami. Do tego może dojść mięso, owoce morza, sos czy wywar. Mofongo potrafi być genialne. Ale jest też daniem, które wyjątkowo dobrze pokazuje, jak ważny jest sos. Bo samo może być dość zwarte i suche. A z dobrym sosem? Nagle wszystko zaczyna mieć sens.

Sancocho, czyli „wrzućmy do garnka wszystko, co mamy”

Sancocho jest jednym z tych dań, które trudno zamknąć w jednym przepisie. Mięso, warzywa, maniok, plantany, kukurydza i inne składniki długo gotują się razem, tworząc gęstą, aromatyczną potrawę. W zależności od domu czy regionu receptura może się różnić. I właśnie to jest piękne. Bo sancocho nie jest daniem laboratoryjnym – Magda Gessler mogłaby mieć problem z powtarzalnością 😉 Nie chodzi o to, żeby każdy kawałek warzywa miał identyczny rozmiar. Chodzi o to, żeby na końcu powstał porządny garnek jedzenia, którym można nakarmić więcej niż dwie osoby.

Ryba? Najlepiej taka, która jeszcze niedawno pływała

Dominikana jest wyspą, więc świeże ryby i owoce morza są oczywistą częścią lokalnej kuchni. Jedną z ryb, których warto spróbować, jest chillo – lucjan czerwony. Najlepsza wersja jest często najbardziej banalna: grill, ryba, limonka, trochę czosnku. I koniec.

Bez pianki z mango, bez siedmiu rodzajów soli i bez kelnera tłumaczącego przez pięć minut, dlaczego ryba kosztuje 70 dolarów. Jeżeli trafisz na małą restaurację przy plaży, gdzie ryby są dostarczane z lokalnych połowów, to właśnie tam może wydarzyć się jeden z najlepszych posiłków całego wyjazdu.

A jeśli w menu jest langusta, nie zakładaj jeszcze, że ją zjesz

Dominikańskie restauracje potrafią mieć imponujące menu. Tylko że menu nie zawsze oznacza dostępność. Czasami czegoś nie ma, bo skończyło się rano. Czasami dlatego, że nie jest sezon. Czasami dlatego, że właśnie nie udało się tego dostać. I dotyczy to również owoców morza. To akurat dobra lekcja dla turysty przyzwyczajonego do restauracji, w której „dostępne” oznacza „dostępne przez cały rok”. Tutaj lokalna kuchnia potrafi być bardziej zależna od rzeczywistości. Nie ma langusty? Nie ma langusty. Za to jest świeża ryba. I może się okazać, że wcale nie będziesz narzekać.

Empanada, pastelito i problem „wezmę tylko jedną”

Dominikańskie jedzenie uliczne zasługuje na osobny rozdział. Empanadas i pastelitos znajdziemy niemal wszędzie. Smażone ciasto z nadzieniem – mięso, kurczak, ser, szynka, czasem różne kombinacje.Takie, proste i bardzo niebezpieczne dla planu „dzisiaj jem lekko”. Człowiek bierze jedną sztukę, potem kolejną, a potem orientuje się, że właśnie zjadł obiad przed obiadem.

Największy szok? Owoce

I tu zaczyna się prawdziwa przygoda. Bo na Dominikanie warto kupować owoce, których nie znasz. Nie dlatego, że wszystkie są automatycznie lepsze. Dlatego, że właśnie wtedy zaczynasz naprawdę odkrywać lokalny smak.

Graviola

Wygląda trochę jak zielona, kolczasta piłka. W środku jest jasna i kremowa. Smak jest intensywny, słodko-kwaśny i trudny do porównania z czymkolwiek znajomym.

Granadillo

Wygląda jak ogromna marakuja. W środku mnóstwo nasion i aromatyczny miąższ. I właśnie przy takich owocach szybko wychodzi na jaw, że Europejczyk nie ma pojęcia, jak rozpoznać tropikalny owoc gotowy do jedzenia. Miękki? Dobry. Twardy? Jeszcze poczekaj. Inny kolor? Być może właśnie tego potrzebujesz.

Soki naturalne i batidas

Na Dominikanie owoce są wszędzie, więc szkoda byłoby ich nie wykorzystać. Jugo natural to świeży sok, natomiast batida przypomina bardziej owocowy koktajl lub smoothie. Może być przygotowana z mlekiem, dzięki czemu robi się gęstsza, bardziej kremowa i zdecydowanie bardziej sycąca.

Warto spróbować:

  • jugo de chinola – z marakui
  • jugo de mango
  • jugo de piña – z ananasa
  • jugo de guanábana – z gujawy?
  • batida de lechosa – z papai
  • batida de zapote
  • batida de coco

Szczególnie warto polować na świeże soki z lokalnych owoców. Marakuja, mango, ananas czy guanábana potrafią smakować zupełnie inaczej niż te, które znamy z supermarketów.

Przy bardzo lokalnych stoiskach warto jednak zachować rozsądek i zwracać uwagę na wodę oraz lód. W podróży problemy żołądkowe potrafią pojawić się szybciej, niż zdążysz powiedzieć „jeszcze jedną batidę”. Lepiej więc cieszyć się owocami, ale wybierać miejsca, w których masz zaufanie do higieny i sposobu przygotowania napojów.

Jeśli zobaczysz tamarindo, czyli tamaryndowiec – próbuj. Napój z tamaryndowca jest kwaśno-słodki, mocno orzeźwiający i trochę przypomina lemoniadę. A jeśli zamówisz sok z marakui bez cukru, możesz odkryć kolejną rzecz: Dominikańczycy lubią swoje soki słodsze, niż spodziewa się tego polski język.

Najlepszy doradca na dominikańskim targu? Sprzedawca

Na targu można nauczyć się jednej ważnej rzeczy: nie oceniaj owocu po wyglądzie.

Pomarszczona pomarańcza może być świetna na sok. Twardy owoc może być kompletnie niedojrzały. A ten, który wygląda trochę podejrzanie, może być właśnie idealny. Dlatego zamiast stać przez dziesięć minut i analizować mango jak komisja egzaminacyjna, zapytaj sprzedawcę. On prawdopodobnie wie i może nawet wybierze dla Ciebie najlepszy egzemplarz.

Awokado, które niszczy człowiekowi powrót do Polski

Jednym z najbardziej niebezpiecznych doświadczeń kulinarnych na Dominikanie jest…

awokado, bo po powrocie możesz zacząć patrzeć na polskie awokado z pewnym wyrzutem.

Dojrzałe dominikańskie awokado jest kremowe, miękkie i tłuste – dosłownie rozpływa się w ustach. Do tego dochodzą mango, papaja, ananasy, marakuja, arbuzy i cała masa innych owoców. I wtedy supermarketowe mango zaczyna wyglądać jak człowiek, który dostał rolę mango, ale zapomniał nauczyć się tekstu.

Pan de coco i inne rzeczy, których nie znajdziesz w hotelowym bufecie

Nie wszystko, co warto zjeść na Dominikanie, ma status narodowego dania. Czasami najlepsze odkrycia są zupełnie przypadkowe. Na przykład pan de coco – kokosowy chlebek/placki spotykane szczególnie na Samaná. Można na nie trafić przy drodze, w małej budce albo na lokalnym stoisku. I właśnie takie momenty często zostają z podróży na dłużej niż kolacja w eleganckiej restauracji. Bo pamiętasz nie tylko smak, ale też miejsce, człowieka, który ci to sprzedał, upał, drogę i moment, w którym pomyślałeś: „Dobra, nie wiem, co to jest, ale spróbuję”.

Czego jeszcze warto spróbować – czyli propozycje dla zagorzałych “foodies”

Chicharrón

Chicharrón to jedna z tych potraw, które albo pokochasz od pierwszego kęsa, albo stwierdzisz, że to już lekka przesada. Mówimy tu o kawałkach wieprzowiny smażonych tak długo, aż staną się złote i bardzo chrupiące. Jest tłusto, słono, konkretnie i absolutnie bez udawania, że to danie dla osób liczących kalorie.

Najlepiej smakuje z dodatkami, które równoważą jego intensywny charakter: chrupiącymi tostones, smażoną yucą, odrobiną limonki i ostrym sosem. A jeśli do tego pojawi się zimne lokalne piwo i plastikowy stolik w przydrożnym barze, to mamy pełen dominikański klimat.

Co ciekawe, najlepszy chicharrón rzadko znajdziesz w eleganckiej restauracji. Zazwyczaj serwują go małe rodzinne lokale, gdzie jedzenie przygotowuje się według sprawdzonych przepisów od pokoleń. To zdecydowanie danie z kategorii: serce mówi „jeszcze kawałek”, a dietetyk właśnie opuścił rozmowę.

Pollo guisado

Pollo guisado, czyli duszony kurczak po dominikańsku, to jedno z tych dań, które mieszkańcy wyspy jedzą niemal codziennie. Nie ma w nim nic skomplikowanego, ale właśnie w tej prostocie tkwi jego siła.

Kurczak duszony jest z przyprawami i warzywami, a później trafia na talerz obok ryżu, fasoli, sałatki i platanów. Bardzo często stanowi część słynnej la bandera Dominicana – narodowego zestawu obiadowego.

To świetny wybór dla osób, które chcą spróbować lokalnej kuchni, ale nie mają ochoty na kulinarne eksperymenty. Smaki są znajome, porcje duże, a całość daje przyjemne poczucie domowego obiadu, nawet jeśli od domu dzielą Cię tysiące kilometrów.

Najlepszego pollo guisado warto szukać w lokalnych comedorach, czyli prostych jadłodajniach, gdzie jedzą sami Dominikańczycy. Tam zwykły kurczak potrafi smakować zaskakująco dobrze.

Chivo guisado

Jeśli masz ochotę spróbować czegoś bardziej lokalnego i mniej oczywistego, warto zamówić chivo guisado, czyli duszoną koźlinę.

To danie ma zdecydowanie bardziej wyrazisty smak niż kurczak czy wołowina. Dobrze przygotowane mięso jest miękkie, aromatyczne i długo duszone w przyprawach. Najczęściej podaje się je z ryżem, fasolą, platanami albo yucą.

Nie jest to potrawa, którą znajdziesz w każdym hotelowym bufecie, dlatego tym bardziej warto jej poszukać w lokalnych restauracjach. Dla wielu mieszkańców Dominikany to prawdziwy smak tradycyjnej kuchni.

Chivo guisado nie należy do dań dla każdego, ale jeśli lubisz odkrywać nowe smaki i nie boisz się wyjść poza najbardziej oczywiste potrawy, zdecydowanie warto dać mu szansę.

Moro de guandules

Na Dominikanie ryż nie jest jedynie dodatkiem do obiadu. Czasami gra główną rolę, tylko robi to bardzo dyskretnie.

Jednym z najlepszych przykładów jest moro de guandules – ryż gotowany z groszkiem gołębim, przyprawami, a czasem również mlekiem kokosowym. To jeden z najpopularniejszych dodatków do mięs, szczególnie podczas świąt i rodzinnych spotkań.

Choć wygląda niepozornie, potrafi całkowicie zmienić charakter posiłku. Delikatnie aromatyczny, lekko kremowy i pełen smaku świetnie komponuje się z wieprzowiną, kurczakiem czy owocami morza.

Na Dominikanie istnieje wiele wersji moro – z fasolą, kokosem czy różnymi przyprawami. I właśnie to jest w tej kuchni najciekawsze: nawet najprostsze składniki potrafią smakować zupełnie inaczej, niż można się spodziewać.

Pewnie — zachowuję dokładnie tę samą formułę: lekko, podróżniczo, konkretnie, z odrobiną humoru. Tytuły zostają bez zmian.

Casabe

Casabe to cienki, chrupiący placek przygotowywany z manioku. Brzmi niepozornie, ale ma naprawdę długą historię – jego korzenie sięgają rdzennych mieszkańców Karaibów i tradycji kulinarnych regionu.

W smaku jest prosty, lekko suchy i zdecydowanie mniej efektowny niż pełne sosów dominikańskie dania. I właśnie dlatego warto go spróbować. Casabe nie próbuje być gwiazdą talerza – częściej występuje w roli dodatku albo prostej przekąski.

Możesz zjeść go:

  • z masłem
  • z serem
  • z awokado
  • z mięsem
  • jako dodatek do obiadu
  • po prostu jako chrupiącą przekąskę

To nie pizza, nie deser i zdecydowanie nie danie, które będzie walczyć o uwagę na talerzu. Casabe jest bardziej jak kulinarna pamiątka – prosty produkt, który sporo mówi o karaibskich korzeniach dominikańskiej kuchni.

Yaniqueques

Yaniqueques to smażone placki, które szczególnie dobrze czują się w pobliżu plaż, na targach i wszędzie tam, gdzie działa uliczne jedzenie. Są proste, chrupiące, lekko słone i najlepiej smakują wtedy, gdy właśnie wyjęto je z gorącego oleju.

To typowa przekąska, którą można złapać w biegu – między plażowaniem a kolejnym drinkiem albo podczas spaceru po lokalnym targu.

Yaniqueques najłatwiej znaleźć przy:

  • plażach
  • lokalnych budkach
  • stoiskach street foodowych
  • targach
  • popularnych miejscach turystycznych

Nie ma tu wielkiej filozofii. Bierzesz, próbujesz i decydujesz, czy właśnie odkryłeś nową ulubioną przekąskę. Warto tylko wybierać miejsca, w których jedzenie jest przygotowywane na bieżąco. Świeżo usmażony yaniqueque to zupełnie inna historia niż placek, który od rana samotnie czeka pod lampą jak eksponat muzealny.

Chimichurri dominicano

Chimichurri dominicano może nieco zmylić. Jeśli znasz argentyński sos chimichurri, możesz spodziewać się czegoś zupełnie innego. Na Dominikanie chimichurri to popularna uliczna kanapka, a właściwie dominikańska odpowiedź na burgera.

W środku znajdziesz zazwyczaj bułkę, mięso, kapustę, sos i różne dodatki. Całość jest sycąca, tłusta, pełna smaku i idealnie wpisuje się w kategorię nocnego street foodu.

Chimichurri to dobry wybór, jeśli:

  • lubisz jedzenie uliczne
  • masz ochotę na coś konkretnego po zmroku
  • chcesz spróbować lokalnej wersji burgera
  • zamiast eleganckiej restauracji wolisz małą budkę pełną miejscowych

Najlepiej wybierać miejsca, w których jedzenie cieszy się dużym zainteresowaniem i jest przygotowywane na bieżąco. Street food potrafi być jednym z najlepszych elementów podróży, ale żołądek turysty czasami ma własne zdanie. Szczególnie po drugim drinku.

Desery na Dominikanie

Po całym tym ryżu, fasoli, mięsie i smażonych platanach przychodzi moment na coś słodkiego. Dominikańskie desery często bazują na mleku, kokosie, owocach, ryżu, przyprawach, a czasem nawet… fasoli.

Najbardziej charakterystyczne słodkości to:

  • habichuelas con dulce
  • dulce de leche
  • flan
  • arroz con leche
  • dulce de coco
  • bizcocho dominicano
  • majarete

Dominikańskie desery są zazwyczaj naprawdę słodkie i mają zdecydowanie bardziej domowy niż cukierniczy charakter. Nie zawsze wyglądają spektakularnie, ale często właśnie w tych prostych przepisach kryje się smak lokalnej kuchni.

A jeśli na liście pojawia się słodka fasola, nie uciekaj. To nie błąd w menu.

Habichuelas con dulce

Habichuelas con dulce to jeden z najbardziej charakterystycznych dominikańskich deserów. Przygotowuje się go z czerwonej fasoli, mleka, cukru i przypraw, często z dodatkiem mleka kokosowego. Mogą pojawić się również rodzynki, goździki, cynamon czy małe słodkie ciasteczka.

Brzmi dziwnie? Oczywiście. Smakuje dziwnie? Niekoniecznie.

To jeden z tych produktów, które pokazują, jak bardzo kuchnia może wyjść poza nasze przyzwyczajenia. Dla Polaka połączenie fasoli i deseru może być na początku dość podejrzane, ale na Dominikanie jest to dobrze znany i lubiany smak, szczególnie kojarzony z okresem Wielkiego Postu i Wielkanocy.

W skład deseru mogą wchodzić:

  • czerwona fasola
  • mleko
  • cukier
  • cynamon
  • goździki
  • mleko kokosowe
  • rodzynki
  • słodkie ciasteczka

Warto spróbować chociaż raz. Nawet jeśli nie zostanie Twoim numerem jeden, przynajmniej wrócisz z Dominikany z historią zaczynającą się od słów: „Wyobraź sobie, że tam jedzą fasolę na słodko…”.

Dominikańska kawa

Kawa jest na Dominikanie czymś więcej niż tylko sposobem na rozpoczęcie dnia. Pije się ją często, zazwyczaj mocną, aromatyczną i w niewielkich porcjach. Możesz zamówić ją w kawiarni, hotelu, lokalnym barze albo kupić paczkę dobrej kawy na później.

Warto spróbować:

  • café dominicano
  • mocnej kawy w stylu espresso
  • kawy z mlekiem
  • lokalnych marek
  • kaw pochodzących z górskich regionów wyspy

Jeśli kawa przypadnie Ci do gustu, koniecznie zabierz trochę do domu. To jedna z najlepszych pamiątek z Dominikany: nie zajmuje wiele miejsca, można ją naprawdę wykorzystać, a przy okazji po powrocie wystarczy jeden łyk, żeby na chwilę wrócić myślami na Karaiby.

I zdecydowanie łatwiej ją przewieźć niż butelkę mamajuany z korzeniami, która w walizce wygląda trochę tak, jakbyś próbował przemycić fragment laboratorium biologicznego.

Mamajuana

Mamajuana to jeden z najbardziej charakterystycznych napojów Dominikany. Przygotowuje się ją zazwyczaj z rumu, czerwonego wina, miodu oraz mieszanki korzeni i ziół. Często sprzedawana jest w butelkach, w których pływają kawałki drewna, korzenie i przyprawy.

Wygląda trochę jak domowy eksperyment zielarza, ale jest mocno zakorzeniona w dominikańskiej kulturze.

W smaku mamajuana może być:

  • słodka
  • ziołowa
  • korzenna
  • intensywna
  • wyraźnie alkoholowa

Warto spróbować jej przynajmniej raz, najlepiej w miejscu, któremu ufasz. Trzeba tylko pamiętać, że mamajuana to alkohol, a nie magiczny eliksir zdrowia. Choć lokalne opowieści na jej temat potrafią być naprawdę imponujące.

Sprzedawcy zresztą mają tu swoje legendy i trzeba przyznać – potrafią je opowiadać z takim przekonaniem, że przez chwilę człowiek zaczyna się zastanawiać, czy właśnie nie kupuje dominikańskiej wersji eliksiru nieśmiertelności. A potem przychodzi pierwszy łyk i przypominasz sobie, że to jednak przede wszystkim rum.

Jasne — w tej samej formule: bardziej naturalnie, blogowo i z lekkim humorem, ale bez przesadnego „przekombinowania”.

Ile kosztuje jedzenie?

Ile wydasz na jedzenie na Dominikanie? Jak to zwykle bywa w podróży – to zależy przede wszystkim od tego, gdzie jesz. Ten sam obiad może kosztować kilka dolarów w lokalnym comedorze, a kilkadziesiąt w restauracji z widokiem na morze.

Jeśli mieszkasz w hotelu all inclusive, większość posiłków masz oczywiście w cenie pobytu. Ale warto przynajmniej kilka razy wyjść poza hotel, bo właśnie tam zaczyna się prawdziwa przygoda z dominikańską kuchnią.

Orientacyjnie ceny wyglądają tak:

  • lokalny obiad: około 5–8 USD
  • prosta restauracja: około 8–15 USD
  • restauracja ze średniej półki: około 15–30 USD
  • kolacja przy plaży: około 25–50 USD lub więcej
  • lokalne owoce: ceny zależą od miejsca, ale na lokalnych targach i stoiskach zwykle będzie taniej
  • świeży sok: kilka USD
  • kawa: około 1–4 USD

Najwięcej zapłacisz w miejscach typowo turystycznych – szczególnie przy plaży, w popularnych kurortach, hotelach i restauracjach nastawionych na zagranicznych gości.

Jeśli natomiast chcesz zjeść taniej i bardziej lokalnie, szukaj comedorów, colmados i niewielkich jadłodajni, w których stołują się mieszkańcy. Często właśnie tam dostaniesz największą porcję za najmniejsze pieniądze.

Warto pamiętać o jednej zasadzie: im bliżej turystycznej pocztówki, tym wyższy rachunek. Widok na palmę, karaibską plażę i zachód słońca jest piękny, ale niestety kelner również wie, ile jest wart.

Udostępnij: